Wartościowe artykuły

Niemcy chcą ulżyć kierowcom. Merz przyznaje: „Granica obciążeń została osiągnięta”

16 września 20264 Mins Read
Email :21

Wysokie ceny paliw zaczynają coraz mocniej uderzać w niemieckich kierowców. Kanclerz Friedrich Merz zapowiedział, że jego rząd przygotuje rozwiązania mające zmniejszyć koszty ponoszone przy tankowaniu. Konkretów na razie nie przedstawił, ale przyznał wprost: dla wielu obywateli osiągnięta została już granica obciążeń.

To znamienne słowa w państwie, które przez lata należało do głównych motorów europejskiej polityki klimatycznej i nakładania kolejnych kosztów związanych z korzystaniem z paliw kopalnych.

Merz: „Musimy podjąć działania”

Kanclerz Niemiec odniósł się do sytuacji podczas Dnia Przedsiębiorców zrzeszenia handlowego BGA w Berlinie.

– Uważam, że musimy podjąć działania – powiedział Friedrich Merz.

Niemiecki rząd ma w najbliższym czasie przedstawić konkretne propozycje. Na razie nie wiadomo, czy będą to obniżki podatków, dopłaty, czy jeszcze inny mechanizm.

Najważniejsze jest jednak samo przyznanie przez kanclerza, że kierowcy nie są w stanie bez końca przyjmować na siebie kolejnych podwyżek.

Samochód nie jest luksusem

Przez lata europejscy politycy próbowali przedstawiać ograniczanie samochodów spalinowych jako naturalny element „zielonej transformacji”.

Problem w tym, że miliony zwykłych Europejczyków nie mają żadnej realnej alternatywy.

Mieszkaniec niewielkiej miejscowości nie pojedzie do pracy metrem. Rodzic nie zawsze może zawieźć dziecko do szkoły tramwajem. Przedsiębiorca nie przewiezie towaru rowerem.

Dla milionów ludzi samochód jest narzędziem codziennego życia i pracy, a nie luksusową zachcianką.

Najpierw obciążyć, potem dopłacać?

Cała sytuacja pokazuje również absurd charakterystyczny dla współczesnej polityki gospodarczej.

Państwo pobiera z każdego litra paliwa podatki i różnego rodzaju opłaty, a kiedy cena staje się dla obywateli zbyt wysoka, zaczyna zastanawiać się nad stworzeniem programu, który odda im część pieniędzy.

Czy naprawdę potrzeba kolejnego systemu dopłat?

Może prostszym rozwiązaniem byłoby pozostawienie większej części pieniędzy w kieszeniach kierowców.

Mniej podatków i opłat oznacza niższą cenę przy dystrybutorze bez tworzenia następnej biurokracji, formularzy i urzędniczej machiny.

Zielona polityka zderzyła się z rzeczywistością

Przez lata kierowca samochodu spalinowego był wygodnym celem kolejnych obciążeń.

Podatek tu, opłata tam, kolejne regulacje, normy emisji i zapowiedzi stopniowego wypychania silników spalinowych z rynku.

W teorii wszystko wyglądało pięknie.

W praktyce rachunek otrzymał zwykły obywatel.

I właśnie dlatego słowa Merza są tak charakterystyczne. Nawet niemiecki rząd zaczyna dostrzegać, że istnieje granica finansowego eksperymentowania na kierowcach.

Droższe paliwo oznacza droższe życie

Problem nie kończy się przecież na osobie stojącej przy dystrybutorze.

Paliwo jest jednym z podstawowych kosztów całej gospodarki.

Drożej tankuje firma transportowa – drożeje przewóz towarów.

Drożej tankuje rolnik – rosną koszty produkcji żywności.

Drożej tankuje przedsiębiorca – koszt przenoszony jest na klienta.

Ostatecznie wysokie ceny paliwa trafiają do rachunku niemal każdego obywatela, nawet jeżeli sam nie posiada samochodu.

A kiedy podobny wniosek wyciągnie Warszawa?

Niemiecka dyskusja powinna być interesująca również dla polskich kierowców.

Skoro kanclerz jednej z największych gospodarek Europy publicznie przyznaje, że granica obciążeń została osiągnięta, warto zadać podobne pytanie polskim władzom.

Ile jeszcze można zabrać kierowcy?

Polacy również płacą w cenie paliwa podatki i obowiązkowe opłaty. Każdy wzrost cen na stacji uderza szczególnie mocno w mieszkańców wsi i małych miejscowości, gdzie transport publiczny często jest słaby albo praktycznie nie istnieje.

Kierowca nie może być wiecznym bankomatem państwa

Przez lata samochód stał się jednym z najłatwiejszych sposobów na wyciąganie pieniędzy od obywatela.

Kierowca potrzebuje paliwa, więc zapłaci. Musi dojechać do pracy, więc zapłaci. Nie ma autobusu, więc zapłaci.

Tyle że – jak właśnie przyznał Friedrich Merz – gdzieś znajduje się granica.

Niemiecki rząd zapowiada reakcję. Teraz przekonamy się, czy rzeczywiście ograniczy obciążenia, czy stworzy kolejny program dopłat finansowany z kieszeni tych samych podatników.

Najprostsze rozwiązanie pozostaje niezmienne:

zamiast najpierw zabierać obywatelowi pieniądze, a później łaskawie oddawać mu ich część, państwo może po prostu zabierać mniej.

I tę zasadę warto przypomnieć nie tylko Berlinowi, ale przede wszystkim Warszawie.

Komentarze są zamknięte

Powiązane artykuły