Radosław Sikorski znów pręży muskuły – tym razem w samym Kijowie. Wicepremier i szef polskiego MSZ podczas kongresu Yalta European Strategy stwierdził, że gdyby Rosja zdecydowała się zaatakować Polskę, „pokonalibyśmy ją bardzo szybko”. Łatwo wypowiadać takie słowa na międzynarodowej konferencji. Znacznie trudniej odpowiedzieć na pytanie, jakie konsekwencje ewentualnej eskalacji ponieśliby zwykli Polacy.
11 i 12 września w ukraińskiej stolicy odbyła się kolejna edycja Yalta European Strategy. W wydarzeniu organizowanym przez fundację ukraińskiego miliardera Wiktora Pinczuka uczestniczyło około 700 polityków i ekspertów reprezentujących 28 państw.
Jednym z gości był Radosław Sikorski.
Sikorski: „Pokonalibyśmy ją bardzo szybko”
Podczas panelu dyskusyjnego polski minister spraw zagranicznych odniósł się do hipotetycznego rosyjskiego ataku.
– Jeśli Rosja zdecydowałaby się zaatakować nas, to pokonalibyśmy ją bardzo szybko – powiedział Sikorski.
To mocna deklaracja jak na szefa dyplomacji państwa znajdującego się na wschodniej flance NATO i graniczącego zarówno z rosyjskim obwodem królewieckim, jak i Białorusią.
Oczywiście Polska jest członkiem NATO, a rosyjski atak na nasze państwo oznaczałby zupełnie inną sytuację strategiczną niż obecna wojna rosyjsko-ukraińska.
Nie zmienia to jednak pytania: czy zadaniem polskiego ministra spraw zagranicznych jest licytowanie się na wojenne deklaracje?
Z Kijowa takie słowa brzmią szczególnie
Nie bez znaczenia jest miejsce, w którym padła ta wypowiedź.
Sikorski mówił w stolicy państwa od lat prowadzącego wyniszczającą wojnę. Polska udzieliła Ukrainie ogromnego wsparcia politycznego, wojskowego, finansowego i humanitarnego.
Tym bardziej polski minister powinien ważyć każde słowo.
Polacy nie potrzebują zapewnień, jak szybko wygramy kolejną wojnę. Potrzebują gwarancji, że państwo zrobi wszystko, aby do takiej wojny w ogóle nie doszło.
Silna armia ma odstraszać przeciwnika, a skuteczna dyplomacja ma zmniejszać ryzyko konfliktu. Jedno nie wyklucza drugiego.
Łatwo mówić o szybkim zwycięstwie
Historia powinna nauczyć polityków szczególnej ostrożności wobec zapewnień o „szybkich” wojnach.
Wojna to nie panel dyskusyjny i nie medialna potyczka.
To zabici żołnierze i cywile, zniszczona infrastruktura, sparaliżowana gospodarka, uchodźcy i gigantyczne koszty ponoszone przez całe społeczeństwo.
Dlatego nawet posiadając silne sojusze, Polska nie powinna traktować potencjalnej wojny z mocarstwem atomowym jak okazji do efektownych deklaracji.
Polska powinna być tak silna, żeby nikt nie odważył się jej zaatakować – ale jednocześnie na tyle rozsądna, żeby sama nie dokładała drewna do ognia.
Silna Polska – tak. Wojenne pohukiwania – nie
Prawicowa polityka bezpieczeństwa nie może oznaczać ani naiwnego pacyfizmu, ani bezrefleksyjnego militaryzmu.
Potrzebujemy licznej i dobrze wyposażonej armii, własnego przemysłu zbrojeniowego, obrony przeciwlotniczej, zapasów amunicji, infrastruktury krytycznej odpornej na ataki oraz realnego przygotowania państwa na sytuacje kryzysowe.
Ale potrzebujemy również dyplomacji, która rozumie, że największym sukcesem silnego państwa jest odstraszenie przeciwnika bez konieczności sprawdzania swojej siły na polu bitwy.
Czy jesteśmy przygotowani na konflikt, o którym tak łatwo się mówi?
Zamiast słuchać kolejnych zapewnień o szybkim pokonaniu Rosji, warto postawić rządzącym konkretne pytania.
Czy Polska dysponuje odpowiednimi zapasami amunicji na długotrwały konflikt? Czy mamy wystarczającą obronę przeciwlotniczą i przeciwrakietową? Czy zabezpieczono energetykę, łączność, wodociągi i transport? Czy przemysł jest przygotowany do szybkiego zwiększenia produkcji wojskowej?
Bo właśnie tym powinno zajmować się odpowiedzialne państwo.
Nie wystarczy powiedzieć w Kijowie: „wygramy”. Trzeba jeszcze stworzyć państwo, którego przeciwnik będzie bał się zaatakować.
Polska nie może być pierwsza do cudzej wojny
Warszawa powinna patrzeć na wojnę rosyjsko-ukraińską przede wszystkim przez pryzmat własnego bezpieczeństwa.
Nie oznacza to sympatii wobec Kremla ani ignorowania zagrożenia ze strony Rosji. Oznacza dokładnie to, czego należy wymagać od każdego polskiego rządu: najpierw Polska i bezpieczeństwo polskich obywateli.
Ukraina ma swoje interesy. Stany Zjednoczone mają swoje. Niemcy, Francja i Rosja również prowadzą politykę zgodnie z własnymi kalkulacjami.
Polska nie może być jedynym państwem, które zamiast chłodnej kalkulacji będzie próbowało udowadniać światu, że jest najbardziej wojownicze.
Polacy potrzebują pokoju opartego na sile
Sikorski chciał zapewne wysłać Moskwie komunikat odstraszający: atak na Polskę nie będzie powtórzeniem ataku na Ukrainę, ponieważ za Rzecząpospolitą stoi NATO.
Taki sygnał można jednak przekazać bez tworzenia wrażenia, że wojna z Rosją byłaby dla Polski szybkim i łatwym przedsięwzięciem.
Rosja musi wiedzieć, że atak na Polskę spotka się z druzgocącą odpowiedzią całego Sojuszu. Jednocześnie polskie władze mają obowiązek zrobić wszystko, aby nigdy nie trzeba było tej odpowiedzi sprawdzać w praktyce.
Bo w przeciwieństwie do polityków przemawiających na zagranicznych kongresach zwykli Polacy nie potrzebują wojennego PR-u.
Potrzebują bezpiecznych granic, silnej armii i państwa prowadzącego własną, rozsądną politykę zagraniczną. Polska ma być gotowa do wojny właśnie po to, żeby nie musiała jej prowadzić.













Komentarze są zamknięte