Radosław Sikorski ponownie zaostrza retorykę wobec Rosji. Tym razem szef polskiego MSZ podczas wizyty w Kijowie przekonywał, że w przypadku rosyjskiego ataku Polska – jako część NATO – bardzo szybko odniosłaby zwycięstwo. Na reakcję Moskwy nie trzeba było długo czekać. Maria Zacharowa odpowiedziała krótko: „Rusofobia umysłu”.
W tym samym czasie Donald Trump wysyła z Waszyngtonu zupełnie inny sygnał i otwarcie wzywa Ukrainę do zaprzestania ataków na rosyjskie rafinerie. Różnica pomiędzy tonem Warszawy i Waszyngtonu staje się coraz bardziej widoczna.
Sikorski: „Bardzo szybko byśmy wygrali”
Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski podczas pobytu w Kijowie odniósł się do możliwości rosyjskiej agresji na Polskę.
– Gdyby Rosja zaatakowała Polskę, bardzo szybko byśmy wygrali – przekonywał.
Ukraińska agencja UNIAN zaznaczyła, że wypowiedź należy rozpatrywać w kontekście potencjalnego starcia Rosji z całym NATO, a nie samotnej wojny Polski z Federacją Rosyjską.
Mimo tego słowa polskiego ministra natychmiast zostały podchwycone w Moskwie.
Zacharowa odpowiada: „Rusofobia umysłu”
Rzecznik rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa zareagowała na Telegramie.
Przytoczyła wypowiedź Sikorskiego, po czym skwitowała ją słowami:
„Rusofobia umysłu”.
Moskwa od dawna wykorzystuje określenie „rusofobia” wobec państw i polityków zdecydowanie sprzeciwiających się rosyjskiej polityce. Polska znajduje się pod tym względem w centrum zainteresowania rosyjskiej propagandy.
Nie oznacza to jednak, że Warszawa powinna odpowiadać na rosyjskie zaczepki kolejnymi licytacjami na coraz ostrzejsze deklaracje.
Polska dyplomacja powinna przede wszystkim kalkulować, co służy bezpieczeństwu Polski.
Sikorski chce uderzeń w rosyjskie rafinerie
Jeszcze bardziej interesująca była druga część wypowiedzi szefa polskiego MSZ.
Sikorski przekonywał, że jednym ze sposobów doprowadzenia do zakończenia wojny jest dalsze niszczenie rosyjskiego zaplecza paliwowego.
Według ministra wojna może wygasnąć, kiedy Władimirowi Putinowi zabraknie zasobów pozwalających na jej dalsze prowadzenie.
Można zrozumieć militarną logikę takiego rozumowania. Rafinerie i infrastruktura paliwowa mają znaczenie dla zdolności państwa do prowadzenia wojny.
Problem w tym, że Donald Trump właśnie nawołuje do czegoś przeciwnego.
Trump do Ukrainy: przestańcie atakować rafinerie
Prezydent Stanów Zjednoczonych stwierdził, że Ukraina powinna zaprzestać uderzeń w rosyjskie rafinerie i infrastrukturę paliwową.
– Niech atakuje inne cele, ale nie olej napędowy, ponieważ powoduje jego niedobór – powiedział Trump.
Amerykański prezydent wskazał przy tym na konsekwencje dla światowego rynku paliw.
Jego zdaniem uderzenia w rosyjskie rafinerie „szkodzą światu”, ponieważ wpływają na podaż i ceny.
Trump poinformował również, że rozmawiał na ten temat z Wołodymyrem Zełenskim.
Warszawa bardziej wojownicza od Waszyngtonu?
Powstaje więc zastanawiający obraz.
Sikorski w Kijowie mówi o dalszych uderzeniach w rosyjskie rafinerie, podczas gdy Trump chce ich ograniczenia.
Polska od początku wojny znajduje się wśród państw prowadzących jedną z najbardziej zdecydowanych polityk wobec Rosji. Tymczasem Stany Zjednoczone coraz wyraźniej patrzą na konflikt również przez pryzmat własnych interesów gospodarczych i strategicznych.
I właśnie tego Polska powinna nauczyć się od największych mocarstw.
Nie prowadzenia polityki opartej na emocjach. Nie udowadniania, kto wygłosi ostrzejsze przemówienie. Prowadzenia polityki opartej na własnym interesie narodowym.
Polska nie może stać się zakładnikiem cudzej wojny
Rosyjska agresja na Ukrainę jest faktem i Polska ma oczywisty interes w tym, aby rosyjskie wojska nie przesuwały się w stronę naszych granic.
Z tego nie wynika jednak, że Warszawa powinna popierać każdą eskalację wojny.
Polskim interesem jest silna armia, bezpieczne granice, stabilna gospodarka i niedopuszczenie do bezpośredniego wciągnięcia Rzeczypospolitej w konflikt rosyjsko-ukraiński.
Jeżeli nawet Waszyngton zaczyna wyznaczać Kijowowi granice dotyczące wyboru celów, tym bardziej Warszawa powinna zadawać pytanie: gdzie znajduje się polska granica zaangażowania?
Ani Moskwa, ani Kijów – przede wszystkim Warszawa
Nie musimy przyjmować propagandowej narracji Zacharowej, żeby krytycznie oceniać słowa polskiego ministra.
Rosja prowadzi własną politykę. Ukraina prowadzi własną politykę. Stany Zjednoczone prowadzą własną politykę.
Najwyższy czas, żeby Polska również prowadziła własną.
Nie po to, aby realizować interes Moskwy. Nie po to, aby bezwarunkowo realizować interes Kijowa. I nawet nie po to, aby automatycznie wykonywać każdą zmianę kursu Waszyngtonu.
Polska polityka zagraniczna powinna mieć jeden podstawowy punkt odniesienia – interes Rzeczypospolitej i bezpieczeństwo Polaków.
Wojenne deklaracje wypowiada się łatwo. Jeżeli jednak sytuacja wymknie się spod kontroli, rachunku nie zapłacą politycy przemawiający przed kamerami.
Zapłacą go zwykli obywatele. Dlatego od polskiego ministra spraw zagranicznych należy oczekiwać przede wszystkim chłodnej kalkulacji, a nie licytacji na wojenną retorykę.













Komentarze są zamknięte